|
Życie przez pryzmat niedomykającego się zwieracza mentalnego.
Czyli przetrawione mydło i powidło.
środa, 13 października 2010
Proszę wypełnić formularz, czyli rzut na biurokrację
W grudniu kończy mi się aktualny kontrakt. Istnieją szanse na przedłużenie bo:
Ale... Ale nie bardzo mam ochotę zostawać tutaj na kolejne pół roku. Wiąże się z tym pewien dylemat i pewien wkurw. Dylemat jest prosty. Powinienem najpóźniej w listopadzie dać znać do statku bazy, że choćby nie wiem co[1] nie chcę zostawać w aktualnym miejscu. Co oznacza, że jeśli do tej pory nie znajdę nowej pracy, to mogę zostać w styczniu na lodzie. Przy czym tak naprawdę jest to temat do przedyskutowania z Małżonką. Dochodzimy teraz do wkurwa, który zasadniczo natchnął mnie do napisania tej notki. Zacznę może ab ovo. Otóż, kiedy zatrudniasz się do pracy to zgodnie z obowiązującymi przepisami[citation needed] musisz wypełnić kwestionariusz osobowy. Kwestionariusz ten zawiera określony zestaw danych: imię, nazwisko, adres zamieszkania, urząd skarbowy i jeszcze parę innych pierdoletów, których w tej chwili nie pamiętam. Z jakiegoś powodu musi on być wypełniony ręcznie. Czemu? Nie wiem. Ale pozwolę sobie przytoczyć tutaj pewną anegdotkę. Jakiś czas temu pracowałem w firmie X. Stosowny formularz wypełniłem, podpisałem i złożyłem w kadrach. Wszystko było fajnie. Po kilku miesiącach firma X postanowiła wydzielić Dział do Spraw Takich i Owakich jako oddzielną spółkę Y. Z różnych względów, które nie mają znaczenia dla zasadniczej historii firma wybrała wariant polegający na zaproszeniu delikwenta do gabinetu i wręczeniu mu dwóch papierów do podpisania: rozwiązania umowy o pracę ze spółką X za porozumieniem stron z dniem dzisiejszym oraz umowę o pracę ze spółką Y z datą jutrzejszą. Dodam jeszce, że kadry i płace zostały wyoutsourcowane (o rany, jest na to jakieś polskie słowo?) do firmy X. Następnego dnia kadrowa (wciąż ta sama) dostarczyła nam stosowny formularz do wypełnienia. Opcja pt. "to może ja skseruję poprzedni zakrywając podpis i podpiszę na nowo" nie wchodziła w grę. Ale to to jeszcze pikuś. W kolejnej firmie, w której pracowałem miałem dużo szczęścia. Była to spółka mająca wiele spółek-córek. Ja byłem zatrudniony na pełen etat tylko w jednej z nich. W związku z czym musiałem wypełnić tylko jeden zestaw papierów. Zestaw, bo kwestionariusz osobowy to jedno, upoważnienie do przelewania na konto to drugie, a jeszcze były tam jakieś dodatkowe papiery. Ale - jak się okazało później - niektórzy koledzy byli zatrudnieni w czterech spółkach, w każdej na jakiś kawałek etatu. I ten sam zestaw papierów musieli wypełniać cztery razy. I znów - opcja: wypełniam raz, kseruję, podpisuję każdy egzemplarz indywidualnie nie wchodziła w grę. Powiedzcie mi, Dobrzy Ludzie Znający Się Na Prawie: czy jest wymóg formalny aby te kwestionariusze wypełniać ręcznie? Czy może mogę sobie przygotować pliczek w łordzie[2] z wymaganymi danymi, uaktualniać w razie potrzeby, a na żądanie drukować i podpisywać? Prosiłbym tutaj o wsparcie się konkretnymi paragrafami, aby w razie czego móc toczyć batalię z kadrami. Ale darujmy sobie dział kadr. Niezależnie od miejsca pracy i profilu firmy kadry zawsze kojarzyły mi się z reliktem minionej epoki, którą fragmentarycznie pamiętam. Pewne zwyczaje są w randze rytuału religijnego. Szukać pracy można w rozmaity sposób. W tej chwili - przynajmniej w mojej branży - dość popularne są serwisy (czasem z funkcjami społecznościowymi) służące do gromadzenia ofert pracy i danych potencjalnych pracowników. Sam osobiście pracowicie uzupełniłem swoje profile na dwóch z nich: LinkedIn oraz GoldenLine. Wystarczy. Kiedy kolejni łowcy głów odzywają się do mnie, że tutaj, proszę, mamy fantastyczne oferty pracy czekające na pana, tylko, o, trzeba się zarejestrować i wypełnić formularz to, owszem, zaglądam, a tam wciąż to samo: imię, nazwisko, jedna szkoła, druga szkoła, trzecia szkoła, pracodawca 1, pracodawca 2, pracodawca 3, dodaj więcej pracodawców. Ad mortem defecatum. A do tego jescze proszę wgrać plik z CV, który w zasadzie zawiera te same dane. Dziękuję, postoję. Z utęsknieniem czekam na dzień, kiedy będę mógł na swoim destopie odpalić aplikację (najchętniej w javie, bo jednak przenośna), wpisać tam potrzebne dane i wypluć plik w jakimś formacie - ot, choćby w XMLu. XMLa owego będę mógł zaimportować do takiego pracujpeela, goldenlajna czy innej bazy danych o inżynierach. Takiego XMLa mógłbym też przynieść na pendrajwie albo wysłać mailem do kadr, które to poprzez arkusz styli ubiorą te dane w firmowe kolorki i firmowe logo, wydrukują i wręczą mi do złożenia Uświęconego Podpisu. Długopisem. Już nawet nie oczekuję podpisu elektronicznego. Długopis wystarczy. A w wypadku zmian - znów, odpalam aplikację, zmieniam co trzeba, XML, import, mail do kadr - łapiecie o co chodzi? Konkluzji tym razem nie będzie. Bo i nie ma co konkludować. Szukając pracy przede wszystkim trzeba się wykazać skillem mastah of kopypastah wklejając w coraz to nowe portale zawartość swojej cefałki. [1] nie dotyczy podwyżki o 100% [2] ołpenofisie/latechu/notatniku/tekstedicie/łotewerze PS. Po napisaniu tej notki przypomniałem sobie, że już coś przebąkiwałem na ten temat i obiecałem napisać więcej. No to napisałem.
środa, 26 maja 2010
Zdarzyło się pewnej nocy...
Zaczęło się na pozór niewinnie. Późny wieczór, w zasadzie to już noc. Wsiadła do taksówki i zamówiła kurs po mieście. Ot, po prostu, żeby się przejechać. Jadąc patrzyła na nocne widoki miasta. W pewnym momencie jej wzrok zatrzymał się na ledwo widocznej tabliczce z napisem: "Moulin ..." - reszta była nieczytelna. Do klubu weszli razem - pasażerka i taksówkarz. Wystrój wnętrza jak i stroje występujących tworzyły niesamowitą atmosferę. Dość powiedzieć, że było to miejsce, gdzie mógłby przychodzić codziennie dorosły Vincent. Sam występ zaś - czegoś takiego nie powstydziłby się żaden reżyser Fausta chcący pokazać Noc Walpurgii. Całe zło i brud tego świata wyśpiewane przez tych, którzy dbają, by zawsze gdzieś była strefa cienia - mordercy, psychopaci, sutenerzy, dziwki, dealerzy, narkomani. Utwory brzmiały znajomo. Nick Cave, Martyn Jaques, Tom Waits - a wszystko to w dobrym przekładzie. Trzeba przyznać, że tłumacz odrobił swoją pracę domową - te teksty miały klimat same z siebie. Do tego rewelacyjne aranżacje. Całość sprawia, że w porównaniu z nią Upadek Domu Usherów staje się bajeczką dla grzecznych dzieci. „Moulin Noir - Antyrewia”, już od półtora roku na deskach Teatru Współczesnego. Tylko dla widzów o mocnych nerwach. PS. Ja chcę jeszcze raz!
środa, 28 kwietnia 2010
Rekrutacja po polsku - część II.
W pierwszej części pisałem o sposobach zwrócenia uwagi potencjalnego pracobiorcy na ofertę pracy. Dziś chciałbym podejść do sprawy rekrutacji od drugiej strony. Biorąc pod uwagę specyfikę mojego kontraktu mam właśnie otwarty slot pozwalający mi na zmianę pracy w sposób w miarę bezbolesny. I szukam pracy aktywniej, niż tylko odbierając telefony od rekruterów. Dostaję (a w zasadzie to dostawałem - bo wychodzi na to, że udało mi się w końcu wypisać) od firmy Grafton newsletter z ofertami pracy. Newsletter składał się z jednego elementu - załączonego jotpega. A na jotpegu fotka kolesia przeglądającego papiery (wzięta z jakiegoś stocka or sth), trzy zdania o lepszej przyszłości dla tych, którzy złożą do Graftona aplikację oraz lista aktualnych ofert pracy. Wszystko fajnie. Jeśli jakaś oferta pracy mi się spodoba to muszę wejść na stronę Graftona, użyć wyszukiwarki w celu znalezienia oferty po numerze referencyjnym i dopiero wtedy mogę wczytać się w szczegóły. Z pewnością jest to jakiś mechanizm selekcji. Przynajmniej firma ma pewność, że na daną ofertę odpowie tylko ktoś, komu naprawdę zależy na znalezieniu pracy. Tagi:
praca
Rekrutacja
15:45, zwieraczmentalny ,
praca
Link Dodaj komentarz » Lista TrackBacków (1) »
czwartek, 01 kwietnia 2010
Palacze
Senat odrzucił zakaz palenia (tym razem nie będę podawał źrodeł, wygooglajcie se :>). I - przyznam szczerze - mam w związku z tym mieszane uczucia. Jak ktoś chce się truć, to niech się truje. Co do knajp - mam takie jedno miejsce, gdzie regularnie chodzę i nie jestem odrzucany chmurą tytoniowego smrodu zaraz po otwarciu drzwi. Oddzielne pomieszczenia dla palaczy i niepalaczy, wystarczająca ich separacja, dobra wentylacja. Dla odmiany dawno nie byłem w knajpce, która ma dla mnie pewną wartość sentymentalną, za to pełni rolę lokalnej mordowni i jest jakieś 60% szans, że będzie zadymione. Ale tak naprawdę to nie knajpy stanowią problem. Wiem, jak gdzie jest. Mogę wybrać, czy idę tu czy tam, czy chcę śmierdzieć czy nie. Zawsze mogę zorganizować piwne spotkanie w domu. Problem jest gdzie indziej - mamy zakaz palenia w niektórych miejscach publicznych. Konkretnie chodzi mi o miejsca związane z komunikacją: przystanki autobusowe, stacje, perony, etc. I patrząc na naszą codzienną rzeczywistość muszę stwierdzić, że jest to przepis kompetnie martwy. O tym, ilu palaczy widuję czy to na przystankach czy na moim lokalnym peronie to już nie będę pisał. Ba, nawet przejeżdżający lub przechodzący obok przystanku patrol policji okiem nie mrugnie widząc palacza. SOKisty na mojej stacji przez ostatni rok nie uświadczyłem. I owszem, z jednej strony uważam, że powinna być swoboda działalności gospodarczej. Jeśli ktoś ma ochotę prowadzić knajpę, w której można palić - proszę bardzo, jego prawo. Jeśli ktoś uważa, że opłaci mu sie lokal wyłącznie dla niepalących - proszę bardzo. Ale z drugiej strony widzę bucówę palaczy smrodzących wszędzie, gdzie się da i budzi się we mnie taki mały, wredny skurwysynek, który chciałby, aby wręcz wprowadzić prohibicję na wyroby tytoniowe. O, choćby traktować je tak, jak obecnie marychę. Drodzy palacze, jeśli nie potraficie uszanować prawa niepalących do przebywania w miejscach wolnych od dymu tytoniowego, to serdeczne trzy wam w cztery. I jeśli projekt zakazu palenia we wszystkich miejscach publicznych w końcu pomyślnie przejdzie ścieżkę ustawodawczą możecie być pewni, że napiję się za to.
środa, 17 marca 2010
Byznes po polsku
Dwie krótkie wklejki z irca. Wklejka 1.
Wklejka 2.
WTF!?
niedziela, 14 marca 2010
O czym jest ten film?
Podobnie, największym problemem filmu Zabriskie Point jest odpowiedź na pytanie: o czym jest ten film. Mogę opowiedzieć ten film, wypunktować najważniejsze wątki, opisać losy bohaterów - ale to wciąż nie daje odpowiedzi. Oglądając ten film można zauważyć, jak bardzo zmieniła się percepcja widza z pokolenia MTV w porównaniu z widzem z lat siedziemdziesiątych ubiegłego stulecia. Długie sceny u odbiorcy przyzwyczajonego do szybkiego montażu współczesnych filmów sensacyjnych wywołują wrażenie nudy. Podobnie powtarzające się sekwencje tej samej sceny z różnych ujęć. Muzyka też nie porywa. Niby Floydzi i Garcia. Niby muzyka dobrana do akcji. Ale - szczerze mówiąc - wolałbym sobie wziąć płytę wczesnych Floydów (to akurat chyba była Ummagumma - jak podpowiadają sociopattern i wikipedia) i posłuchać siedząc w wygodnym w fotelu przy przygaszonym świetle, sącząc drinka. W pewnym sensie film jest ponadczasowy. Pokazuje kontrastowość amerykańskiego społeczeństwa. Z jednej strony biali multimilionerzy realizujący utopijne projekty. Bo jak inaczej nazwać pomysł budowy osiedla w środku pustyni z własną mariną? Z drugiej zaś zwykli obywatele oraz prześladowani czarni. Jeśli w ogóle mam jakiekolwiek prawo do oceny - sytuację w Stanach znam wyłącznie z doniesień prasowych i nielicznych blogów, do których czasem zaglądam - to według mnie niewiele się to zmieniło. Przeciętni obywatele mają swoje oczekiwania wobec klasy rządzącej, którą wybrali, a rząd robi dobrze lobbystom. Zresztą, po co oceniać odległe Stany. Nawet w naszych, polskich realiach wygląda to znajomo. Film sprowokował u mnie jedną refleksję. To nie inteligenci robią rewolucję. Inteligencja Pisze Listy Protestacyjne, Pokazuje Problemy, Wspiera Protest czy Wykazuje Indolencję Klasy Rządzącej. Ale sięgnijmy w historię - choćby naszą własną - żaden przewrót nie dokonał się bez użycia siły fizycznej. Ktoś musi chwycić łom w dłoń, wyrwać kamień z bruku i dać się spałować zbrojnemu ramieniu sił policyjnych. Robotnicy, rolnicy - wszyscy ci, którzy siły fizycznej używają na co dzień do budowania produktu krajowego brutto. A inteligencja - czy to z zacisza gabinetu, czy z ośrodka dla internowanych - będzie Wspierać Moralnie i Ukazywać Brutalność Policji. Zatem pamiętaj - jeśli kiedykolwiek zdecydujesz się na organizację rewolucji, to pamiętaj, aby mieć poparcie klasy robotniczej.
czwartek, 11 marca 2010
Szpilki
Ci, którzy wiedzą lub domyślają się czyj to zwieracz wypina się na nich kilka razy w miesiącu, wiedzą też coś jeszcze. Ci co nie wiedzą - dowiedzą się za chwilkę. Otóż, jestem wielkim fanem butów na wysokim obcasie, ze szczególnym uwzględnieniem szpilek. Owszem, nie każde obcasy i nie każde szpilki - jestem dość wybredny pod tym kątem. Doskonale wie o tym moja narzeczona, która czasem konsultuje ze mną zakup nowych butów. Więc umówmy się, że pisząc o butach na obcasie mam na myśli te, które mi się podobają, a nie wszystkie. Zwłaszcza, że niektóre wręcz mi się nie podobają. Ad rem. Lubię patrzeć na kobiety chodzące w butach na obcasie. Nadają one sylwetce gracji, sprawiają, że przy chodzeniu porusza się ona w charakterystyczny sposób. Muszę też nadmienić, że nie chodzi tutaj o jakieś efekty erotyczne. Po prostu podoba mi się to czysto estetycznie. Co więcej, jeśli ulicą będą szły dwie kobiety: zrobiona na bóstwo, cycata, seksownie ubrana w płaskich butach i tzw. szara myszkach w ładnych butach na obcasie - obejrzę się za tą drugą. No dobrze, może westchnę smutno, że ta pierwsza w jakichś płaskich chodakach, ale jednak - fajne obcasy to podstawa. Ale... Pomimo całej mej miłości do wysokich obcasów uważam, że niektóre kobiety powinny mieć zakaz chodzenia w nich, a zwłaszcza w szpilkach. Widząc babkę, która przemieszcza się chybotliwym krokiem na ponad dziesięciocentymetrowej szpili, czuję jak mnie samego kostki od tego bolą. KOBIETO! Nie idź dalej tą drogą! Ani to bezpieczne, ani zdrowe. O moich doznaniach estetycznych już nie wspominam, bo - choć nie są one w tym momencie najważniejsze - powinny być oczywiste. Naprawdę, jako przedstawiciel samców z fetyszem na obcasy - wolę, żebyś chodziła na niższym obcasie lub wręcz na płaskim, niż przyprawiała mnie o niezdrową ciekawość, kiedy zwichniesz sobie na nierównym polskim bruku staw skokowy. A jeśli już decydujesz się na chodzenie na wysokim obcasie - to najpierw się naucz. Można kupić ładne buty z obcasem niższym, niż te 10cm. Naprawdę.
czwartek, 04 marca 2010
Odmawiam głosowania przeciw.
Od ładnych kilku lat wśród ludu pracującego miast i wsi krąży przekonanie, że oddanie głosu w wyborach jest obowiązkiem każdego obywatela. Chciałbym przypomnieć, że można to rozpatrywać co najwyżej w kategoriach moralnych, choć jak dla mnie to stwierdzenie ociera się o demagogię. Dlaczego? Ano dlatego, że władza lubi wysoką frekwencję wyborczą, bo to świadczy o dojrzałości społeczeństwa do demokracji. I daje złudzenie poparcia. Pozwolę sobie przypomnieć, że obecny, miłościwie stojący na czele Ojczyzny Prezydent w wyborach prezydenckich w 2005 roku w drugiej turze uzyskał 54% głosów przy frekwencji 51%. Co oznacza, że tak naprawdę Prezydent nie jest Prezydentem Wszystkich Polaków a co najwyżej 28% z nas. Trochę mało. Zdobycie połowy miejsc w parlamencie przy frekwencji 80% to bardzo dobry wynik i daje parlamentarzystom moralne prawo do stwierdzenia: "Naród nas Wybrał, Naród nas Popiera, mamy legitymację Narodu do rządzenia". Frekwencja na poziomie 50% to nasza polska rzeczywistość - znów, przypomnę, że w wyborach parlamentarnych w 2007 roku frekwencja wyborcza wyniosła 54% i była najwyższa w wyborach parlamentarnych po 1989 roku. W samym '89 pospolite ruszenie wyborców wystrczyło na zaledwie 62% frekwencję. W porównaniu z tym te 54% sprzed trzech lat to naprawdę dużo. Ale czy to wystarcza, aby mieć moralną legitymację do sprawowania władzy? Od kilku lat przyglądam się temu, co się dzieje w naszej polityce na wysokim szczeblu. I nie podoba mi się to. Nie mam ochoty legitymizować swoim głosem działań jakiejkolwiek parti politycznej obecnej w aktualnym składzie parlamentu. Wszyscy mieli swoją szansę i wszyscy zawiedli. Gdyby tak można było zebrać zabawki i przenieść się do innej piaskownicy... Niby można, Zjednoczona Europa, wolność przemieszczania się... Tylko gdzie indziej wcale nie jest lepiej. A wracając do naszych, nomen omen, baranów... W ostatnich wyborach, zarówno parlamentarnych jak i prezydenckich, dla wielu ludzi motywacją do wzięcia udziału w wyborach było: aby nie wygrał PiS. Wszyscy kandydaci są kiepscy, ale jeden z nich jest silny i najgorszy. Zatem należy zrobić wszystko, by nie wygrał. Nie zamierzam w najbliższych wyborach parlamentarnych głosować przeciw. Nie zgadzam się, aby to była główna motywacja do skorzystania z czynnego prawa wyborczego. Jeżeli nie będę miał kandydata, na którego będę mógł zagłosować za, to przykro mi - nie skorzystam z przysługującego mi prawa. Naprawdę mi przykro. Ale w imię podnoszenia statystyk i frekwencji nie zamierzam legitymizować jakiegokolowiek układu jaki powstanie. Będziecie moją władzą, ale nie będziecie moją władzą. PS. Gdyby jakiś cudem ten wpis trafił do szerszej gruby odbiorców: darujcie sobie wrzucanie w komentarze politycznych wierszyków i agitacji - będę ciął jak leci.
sobota, 27 lutego 2010
Asus WL-530gV2 - porażka.
Będzie trochę technicznie. Osoby chcące poznać szczegóły zapraszam do zapoznania się z treścią notki. A jeśli tylko chcesz poznać opinię na temat tego urządzenia - proszę, oto opinia: Nie kupuj tego badziewia.
Około pół roku temu dość pilnie potrzebowałem nabyć urządzenie pozwalające na udostępnienie w domu sieci WiFi. Specjalnych oczekiwań nie miałem - i tak planowałem postawić na tym jakieś Open WRT. Poszedłem do Saturna, kupiłem najtańsze, co było, czyli tytułowego Asusa WL-530gV2. I tu popełniłem pierwszy błąd. Nie zrobiłem wcześniej researchu na sieci i okazało się, że chipset Marvell, który jest sercem tego modelu nie jest jeszcze wspierany przez OpenWRT. No dobrze, skoro już wydałem tę stówkę z groszami (jakoś tyle wtedy kosztował ten egzemplarz), to zobaczymy, co potrafi. Urządzenie niby działa. Można ustawić parametry, można połączyć się po WiFi, można połączyć się kablem (urządzenie posiada wbudowany czteroportowy switch). I to by było wszystko. Teraz zaczynają się schody. Komputer podpięty do urządzenia kablem, urządzenie podpięte do serwera. Zmiana parametrów, zapisz, zrestartuj. I kupa. Po restarcie komputer, owszem, dostał po DHCP adres, ale nie od urządzenia, tylko od serwera. Ustalmy fakty. Urządzenie dostaje sobie pakiet z sieci lokalnej z pytaniem Tymczasem urządzenie radośnie wypycha ten pakiet na stronę sieci WAN. Ma to swoje dwa aspekty. Po pierwsze - jeżeli serwer po stronie WAN nawet odpowie na takie zapytanie (owszem, urządzenie przekaże odpowiedź do komputera) to nie ma takiej opcji, żeby to zadziałało. Po prostu komputer dostanie adres z niewłaściwej podsieci. Owszem, jest workaround. Należy poczekać, aż urządzenie w pełni wystartuje a potem wymusić na komputerze odświeżenie adresu IP. Wtedy już odpowie nam DHCP z urządzenia. Drugi aspekt jest - moim zdaniem - znacznie poważniejszy. Urządzenie przekazuje na zewnątrz MAC komputera z mojej sieci lokalnej. Pamiętajmy, że w zdecydowanej większości przypadków urządzenie jest podpięte bezpośrednio do łącza internetowego Twojego operatora. Co oznacza, że Twój operator internetowy wie ile komputerów masz w sieci lokalnej. Nie zawsze jest to pożądane. Problem zdiagnozowany - zobaczmy, może przynajmniej jest nowy firmware, który to naprawi. Owszem, jest nowsza wersja. Ściągnąłem, zainstalowałem. Bez zmian. Problem cały czas istnieje. Żeby nie było - problem do serwisu zgłosiłem. Wymieniliśmy kilka maili. Muszę przyznać, że nawet eskalowali problem wyżej (na moje wyraźne żądanie w kolejnym mailu). Przyszła odpowiedź, że owszem, problem jest i należy wymusić zmianę adresu IP w komputerze (jakbym sam tego wcześniej nie wiedział). Kwestię prywatności w ogóle pominęli. Minęło pół roku - firmware wciąż ten sam, nowej wersji nie ma. Cóż, pozostaje opchnąć złoma na allegro albo czekać, aż Marvell zacznie być obsługiwany przez OpenWRT. Bo na poprawkę od ASUSa nie liczę. PS. Gdyby przypadkiem czytał to ktoś z ASUSa i chciał skomentować - radzę najpierw poszukać w systemie zgłoszeń mojego ticketa na ten temat, zapoznanie się z nim i wyciągnięcie wniosków. Bo jak na razie to daliście dupy. Za to z radością przyjmę informację, że wypuściliście poprawiony firmware.
czwartek, 25 lutego 2010
Między młotem a kowadłem.
Potrzebuję zrobić coś, co uważam za głupie. Coś, o czym wiem, że będę tego żałował. Coś, przed czym powstrzymuje mnie moje wychowanie. Coś, co uważam, że narusza pewne normy społeczne. Coś, co mnie gryzie, wkurwia i irytuje. A z drugiej strony wiem, że jak to zrobię, to będę tego żałował i będę - przynajmniej przez jakiś czas - gardził sobą. Ot, dylematy.
poniedziałek, 22 lutego 2010
Tanio, szybko, dobrze...
... wybierz dwa z trzech. Pracujący przy projektach z branży IT znają to powiedzenie jak zły szeląg. Okazuje się, że powyższe tyczy się również innych dziedzin życia. Ot, na przykład, podróży koleją. A przynajmniej w relacji Warszawa-Kraków lub odwrotnie. W miniony weekend miałem okazję skorzystać z oferty PKP PR pt. InterRegio. Podjechał po nas w zasadzie zabytkowy EN71 - numer seryjny 013. Osiągnąwszy prędkość przelotową na CMK wpadał w turbulencje. Miotało nim w każdym możliwym kierunku. Ale stwierdziłem, że w tej klasie cenowej i tak wolę 3h15m czegoś takiego, niż spokojną i wygodną jazda przez Kielce około 5h. Powrót niby był lepszy. Skład ewidentnie nowszy. Nie zwróciłem uwagi, co to było, gdyż w Krakowie odbyła się walka o miejsca, a w Warszawie w pośpiechu przesiadaliśmy się do SKMki. Możliwe, że to już było któreś ED. Tak czy siak nie rzucało nas już i podróż odbyła się o wiele spokojniej. Niemniej jednak ogólne wrażenie pozostało. Skąd zatem tytuł notki? Ano stąd, że na tej trasie mamy do wyboru trzy opcje:
Tanio, szybko, dobrze - wybierz dwa z trzech.
poniedziałek, 15 lutego 2010
To nie jest spektakl, którego szukałem
Zarówno sociopattern jak i wersja α już dawno napisali co sądzą o ostatnich produkcjach, które oglądaliśmy razem. Mi jednak jakoś urwało od kreatywności. Jak na razie nie zaglądałem do ich notek, aby nie inspirować się ich opinią. Niemniej jednak z dyskusji po spektaklach wynikało, że poglądy mieliśmy podobne. Więc pokusa przeczytania ich recenzji i dopisania swojego „me too” jest ogromna. Na pierwszy ogień: Faust - opera w Teatrze Wielkim (zobacz, co myślą o tym sociopattern i wersja α). Miałem spore oczekiwania. W końcu pierwsza klasyczna opera kultury zachodniej, jaką oglądam. A tu rozczarowanie. Takie ogólne. Spektakl nie zachwycił. No dobra, muzyka dawała radę. Tym większym rozczarowaniem była Noc Walpurgii. To był akurat ten fragment przedstawienia, gdzie muzyka naprawdę dawała radę. Czuć było wibracje i potencjał. Noc Walpurgii. Orgia. Chaos. Tymczasem zamiast mrocznych wiedźm w ciemnych strojach ze skrzydłami nietoperza reżyser wypuścił na scenę stadko przerośniętych Calineczek grzecznie pląsających w korowodzie. Do tego kilka porażek związanych ze scenografią. Ot, pozwolę sobie przytoczyć fragment dialogu, jaki odbyliśmy. - Co to jest? Bomba? Palec boży? Niestety, reżyser miał jakąś słabość do symboli pewnego rodzaju, gdyż uraczył nas później ŚWIECĄCYM OBELISKIEM.
I tu nadszedł czas na odwlekaną dygresję. Zdobycie biletu na spektakle w reżyserii pana Lupy graniczy z cudem. W związku z czym pozostaje albo rezerwacja/kupno iletu na miesiąc przed spektaklem, albo czekanie na wejściówki. Dobre miejsca kosztują na tyle dużo, że kupując normalne bilety miałbym wrażenie straconych pieniędzy. A znów 2h czekania na wejściówki to trochę przydużo. W dzień powszedni byłbym w stanie zarobić w tym czasie na jeden bilet. Więc też jest to średnio opłacalny interes. Prawdopodobnie Persona. Simone odpuścimy sobie. Będą dwie wejściówki więcej dla innych.
sobota, 13 lutego 2010
Korpokultura
W ubiegłym roku korporacja, w której jestem obecnie kontraktorem postanowiła przeprowadzić wśród pracowników ankietę na temat organizacji i kultury korporacyjnej. Prikaz przyszedł z samej góry, ankieta dotyczy wielu krajów, w których korpo ma swoje siedziby. Co istotne - pierwszy deadline na wypełnienie ankiety przypadał na październik ubiegłego roku. Frekwencja pracowników okazała się na tyle niska, że deadline przedłużono. Co, przynajmniej w Polsce, niewiele pomogło. Deadline przedłużono ponownie i wysłano do polskich szefów maila: Polska jest ważna, opinia polskich pracowników jest ważna, zmotywujcie swoich pracowników, żeby wypełnili ankietę. Deadline upłynął wczoraj. Siedzę sobie dziś na dyżurze, nudno jak flaki z olejem. „No dobra” - myślę sobie - „zobaczę, może jeszcze ankieta jest dostępna, wypełnię”. Wygrzebałem maila z linkiem do ankiety, czytam, że ankieta jest anonimowa i w ogóle. Klikam w linka, wybieram, że jestem z Polski. I na pierwszym ekranie zonk. Podaj swoje Foo ID. Erm, miało być anonimowe? No dobra, na razie mam kontrakt do połowy roku i nie wiem, czy chcę przedłużać go na kolejne pół roku. Wali mię to. Ankieta jest hostowana na zewnątrz, u jednej z Firm Audytujących. Wypełnię. Tutaj drobna dygresja. Najważniejszym słowem w naszym korpo jest redundancja. Na przykład: naliczyłem do tej pory ze 6 systemów ticketowych. Niektóre sprawy zgłasza się w jednym sytemie, inne w innym, a jeszcze inne zgłasza się przez telefon i operator(ka) wprowadza je do jeszcze innego systemu. Co więcej założenie ticketa w pewnym systemie ticketowym powoduje, że automatycznie zakłada się system w innym systemie ticketowym. A znów w innym systemie jest tak, że zakłada się ticket i podaje w nim numery ticketów do wykonania z jeszcze innego systemu ticketowego. Szaleństwo? Powiem tyle: te 6 to są te, z których korzystam ja bądź moi bezpośredni współpracownicy. Ale słyszałem, że są jeszcze inne. Czy wspominałem, że najważniejszym sloganem w naszym korpo jest: „Redundancja - you are doing it wrong”? Wracając. Różnych ID użytkownika też mamy z 8. Z czego jednego z nich używa się bardzo często. A oni każą podać takie rzadziej używane. Nie pamiętam, abym przez prawie rok pracy tutaj musiał użyć akurat tego konkretnego. No dobra, na szczęście ktoś układający ankietę był kumaty i zamieścił wskazówkę, że Foo ID można znaleźć w Systemie Katalogowym. Hm, jak się dostać do Systemu Katalogowego? Jakoś znalazłem. Jestem dorosły i umiem dawać sobie radę. Również w korporacyjnej dżungli. Drugie pytanie na pierwszym ekranie wywołało u mnie tylko lekkie zdziwienie: Ilu masz szefów? Ok, przeczytałem niedawno Atrocity Archives, macierzowa struktura dowodzenia nie powinna mnie dziwić. BTW, skąd mam wiedzieć, ilu mam szefów? Odkąd tu jestem struktury organizacjnej firmy nie widziałem na oczy. Wpisuję jednego, klikam następny ekran. I w tym momencie zwątpiłem w sens dalszego wypełniania ankiety. 15 zdań i polecenie zwartościowania na ile są prawdziwe. 5 stopni plus opcja Nie wiem. Trochę głupio, jeśli na te 15 zdań udzielam odpowiedzi: Nigdy/Zdecydowanie nie zgadzam się lub Nie wiem. Niestety, nie mam możliwości ujrzenia kompletnej listy pytań i nie wiem, czy jest sens brnąć w to dalej. Obawiam się, że na większość pytań odpowiedź będzie negatywna, a nie wierzę w jakiekolwiek zmiany. I bynajmniej nie mam tu na myśli zmian związanych z budowaniem Kultury Korporacyjnej. „Wszyscy jesteśmy członkami jednej wielkiej rodziny. Pomagamy sobie wzajemnie. Razem osiągamy sukces.” Przepraszam bardzo, ale takie slogany to ja kupowałem 15 lat temu, kiedy byłem jeszcze młody, głupi i najbardziej pasującym do mnie określeniem było: idealista. Drugim z kolei: naiwny. Może miałbym więcej motywacji do przedzierania się przez głupie pytania, gdybym wiedział, że na końcu jest przynajmniej miejsce na Wolne Wnioski, gdzie można by wylać żale na codzienne pracowe upierdliwości. Ot, żarówki w kiblu przepalają się co jakieś 2 tygodnie. Nie wiem, czy to wina badziewnych żarówek czy wadliwej instalacji. Niemniej jednak z reguły na cztery żarówki w całym męskim kiblu działają dwie. Dodam, że są tam cztery pomieszczenia z drzwiami, po zamknięciu drzwi światło nie wydostaje się na zewnątrz pomieszczenia. Dwa z tych pomieszczeń to kible właściwe. Ergo, albo lejesz po ciemaku, albo zostawiasz otwarte drzwi, albo idziesz do innego kibla. Ot, w kuchni jest trochę prądożernego sprzętu. Mikrofala, czajnik elektryczny, filtr do wody z chłodziarką i grzaniem, automat do kawy. Włączenie dowolnych dwóch urządzeń jednocześnie powoduje wywalenie korków. Po tym, jak ostatnio nie było prądu w kuchni przez trzy dni okazało się, że ludzie po prostu nie wiedzą, gdzie zgłaszać awarie. Zostawienie kartki z telefonem pomogło - prądu w kuchni nie ma najwyżej pół dnia. Oczywiście, w idealnym świecie elektrycy zamontowali by filtr na obwodzie do oświetlenia. Ale takie 130PLN za filtr to 130 badziewnych żarówek. Wymieniając co miesiąc 4 żarówki wystarczy nam na ponad 2 lata. W rzeczywistym świecie Dział Administracji mógłby zadbać o to, aby pracownicy znali numer do zgłaszania awarii. Jestem gotów się założyć, że przed tym, jak zostawiłem kartkę, numer ten znały dwie osoby. Kolega, który przekazał mi tę Wiedzę Tajemną i ja. A pointa całej tej notki będzie taka, że właśnie kończy mi się dyżur. Nie będzie wypełnionej ankiety. Może Stosowne Czynniki wyciągną wnioski z frekwencji. PS. Chyba ten naiwny idealista dalej pasuje...
poniedziałek, 04 stycznia 2010
Rekrutacja po polsku - część I.
Zaczęło się całkiem niewinnie. Zobaczyłem w swojej skrzynce pocztowej maila od nieznanego nadawcy z gmaila o temacie: To może ciebie zainteresować. Z ciekawości zajrzałem do środka. Może to kolejna oferta życia na przetransferowanie paru milionów dołków, od których znów będę mógł sobie potrącić sowitą prowizję. Może propozycja przedłużenia penisa o kolejne parę centymetrów (hm, to zaczyna się już robić niewygodne). A może po prostu jakiś serwis hazardowy, gdzie wspomnianą wcześniej prowizję będę mógł pomnożyć. Albo stracić. Jak wiadomo rozrywki nigdy dość. Tymczasem treść mnie zaskoczyła:
Co prawda teraz nie poszukuję pracy. Korpo uznało, że wysiadywanie przeze mnie dupogodzin jest im tak potrzebne, że przedłużą mi kontrakt na kolejne pół roku. Ale zawsze warto wiedzieć, co się dzieje na rynku pracy. Zatem wciąż się zastanawiając skąd znam nadawcę, odwiedziłem podesłany adres. Doznałem lekkiego zdziwienia, bo zamiast konkretnej oferty pracy z branży IT zobaczyłem wykaz stanowisk, na które firma prowadzi rekrutację:
To już powinno mi dać do myślenia. Może nadawca to zwykły spamer, który szuka łosia i nawet nie wie, w jakiej dziedzinie jestem specjalistą? Równie dobrze mogę być geniuszem numerków i aplikować do pracy w księgowości, jak i mistrzem przełączania telefonów na recepcji. Ale może „znajomy” po prostu się pomylił i wkleił niewłaściwego linka? No dobra, to klikamy w programistę i zobaczmy, co tam dalej mamy.
Czy też doznaliście opadu szczęki, czy może jestem osamotniony w tym odczuciu? Oferta pracy pod tytułem: mydło i powidło. Z reguły, kiedy widzę coś takiego, to włącza mi się skojarzenie: będziesz robił za programistę, grafika, webdesignera, jeździł po pizzę dla szefa, parzył kawę i odbierał telefony. A my zapłacimy jak recepcjonistce. Dostaniesz $tysiacdwiesciebrutto (czy ile tam teraz wynosi minimalna wynosi) na umowę, a jak łaska dyrektorska będzie w dobrym humorze, to może jakąś stówkę albo dwie premii pod biurkiem dołoży. Wymaganie w postaci zdjęcia w CV pozostawię na razie bez komentarza, bo to temat na zupełnie inną notkę (która kiedyś nastąpi). No dobrze, poczułem się trochę zażenowany tą ofertą pracy. Wciąż nie kojarzę nadawcy. Żeby nie było - nie mam nic przeciwko szybkiemu przejściu na „per Ty”. Nie obrazilbym się za maila: Cześć, jestem Jan Nowak z firmy Recrutex - Ziutek i Synowie i mam dla Ciebie zajebistą ofertę pracy. Acz oznacza to dla mnie, że automatycznie mówimy sobie po imieniu. A tutaj człowieka kompletnie nie kojarzę, nie raczył się przedstawić ani przypomnieć a zapodaje, jakbyśmy razem przynajmniej kratę piwa wypili. Przeszukałem swoje archiwa poczty celem sprawdzenia, czy kiedyś nie prowadziłem korespondencji z takim człowiekiem. Wynik: negatywny. Wysłałem zatem do nadawcy chłodnego i na granicy uprzejmości maila z dwoma punktami: pytanie, skąd się znamy i informacja, że nie jestem specjalistą, jakiego szukają. Jakież było moje zdziwienie, gdy kilka chwil później dostałem zwrotkę, iż taki nadawca nie istnieje. Szybki research: ani GoldenLine, ani LinkedIn nie znają takiego nadawcy. Zrobiło mi się lekko dziwnie. O ile oferta sama z siebie nie jest zbyt zachęcająca, to sposób zwrócenia na nią mojej uwagi jest po prostu żenujący, żeby nie rzec: żałosny. Ciekawe, czy zarząd firmy wie o praktykach stosowanych przez własnych bądź wynajętych HRowców i jak się do nich odnosi...
niedziela, 20 grudnia 2009
Ponieważ jesteś terrorystą.
Uważni czytelnicy serwisów informacyjnych z pewnością wiedzą, iż z inicjatywy Ministerstwa Finansów toczą się w naszym kraju prace nad nowelizacją ustawy hazardowej. Jednym z aspektów jest wprowadzenie blokady hazardowych stron internetowych znajdujących się poza polską jurysdykcją. Co to oznacza? Po raz pierwszy od obalenia komunistów w Polsce pojawi się cenzura. Państwo będzie za Ciebie decydować, co możesz w sieci oglądać, a czego nie. Być może stwierdzisz: nie korzystam z zagranicznych stron hazardowych więc kompletnie mnie to nie interesuje. I - teoretycznie - będziesz miał rację. Ale tylko teoretycznie. Dlaczego? Zapisy o blokowaniu stron będą wprowadzone do innych, bardziej adekwatnch ustaw: telekomunikacyjnej czy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. I tylną furtką, licząc, że nikt nie zwróci na to uwagi, rząd próbuje wprowadzić o wiele szerszy zakres blokowania stron. Zacytuję tutaj za Vaglą (fragment nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną):
Ok. W tym momencie ustawodawca próbuje zrównać ze sobą: obronność i bezpieczeństwo państwa (niewątpliwie ważne), porządek publiczny (mam nadzieję, że w innej ustawie jest określone, co dokładnie oznacza porządek publiczny, bo tutaj mam wątpliwości), ochronę zdrowia (o, to znikną fora antyszczepionkowe, o leczeniu naftą i medycynie naturalnej?) oraz (sic!) ochronę moralności publicznej (o rany, jak napiszę kurwa na blogasku to mogą zablokować cały serwis). I to wszysto rząd czyni licząc, że nikt nie zauważy proponowanej skali zmian. Ale to jeszcze nie wszystko. Tymi samymi tylnymi drzwiami rząd chce w ustawie telekomunikacyjnej nadać Policji uprawnienia do monitorowania bez nakazu szeroko pojętej komunikacji elektronicznej. Po prostu - przychodzi upoważniony policjant do operatora i - pisemnie bądź ustnie - może sobie zażyczyć udostępnienia informacji o tym, co robiłeś w sieci. Permanentna inwigilacja. Nieoceniony Vagla zebrał już trochę materiałów i wciąż trzyma rękę na pulsie. Nie będę zatem przepisywał od niego, ale chciałbym odesłać Was do kilku jego artykułów, abyście mieli szersze spojrzenie na zagadnienie:
Dopiero niedawno zorientowaliśmy się, że w Polsce żyje w ukryciu 38 milionów terrorystów. Ty jesteś jednym z nich.
czwartek, 17 grudnia 2009
Nagły atak zimy.
Dzisiejszy dzień uświadomił mi kolejny wyznacznik przepaści pokoleniowej. Jest to zima. A konkretnie: reakcja na pierwsze opady śniegu. W Warszawie spadło kilka centymetrów śniegu. I od razu panika, korki, pretensje do Zarządu Oczyszczania w Miastach. A atmosferę podgrzewają media. Ot, zobaczmy sobie, co dziś w Internecie pisze Agora:
To tak na dobry początek. Innych serwisów nie chce mi się sprawdzać. LUDZIE! OPANUJCIE SIĘ! To jest dopiero kilka centymetrów śniegu. Urudziłem się czwartego roku panowania Gierka. I pamiętam zimy, gdzie zaspy sięgały na ponad półtora metra. Pamiętam przedłużone ferie zimowe ze względu na warunki pogodowe. Pamiętam wykopywanie samochodów z zasp na osiedlowym parkingu. Pamiętam frajdę z tego, że jak się ulepiło bałwana, to stał do wiosny (chyba, że wcześniej ktoś go skopał). Pamiętam własnoręcznie budowane śnieżne fortece i walki na śnieżne piguły. Z trochę późniejszego okresu (pierwsze dni 2001 roku) pamiętam jeszcze zamieć śnieżną, która sparaliżowała duży obszar Polski. Wracałem wtedy z Sylwestra w Bieszczadach. I faktycznie, to co się wtedy działo budziło szacunek. Intensywne opady śniegu trwające kilkanaście godzin, do tego potem dołączył się wiatr. Widoczność na kilkanaście metrów. Zaspy na drogach i torach. Pociągi poopóźniane o wiele godzin. Usuwanie skutków tej śnieżycy trwało ponad dwa dni. Jak doniosła nasza gospodyni po dwóch dniach odśnieżyli drogę do wsi, w której spędzaliśmy sylwka, nam jeszcze udało się wyjechać, autobusowi PKS już nie. A i nasz przejazd do głównej, aslfatowej drogi wyglądał tak, że przed samochodem szło dwóch kolesi z łopatą i odgarniali śnieg. O mrozach nie będę wspominał, bo jakieś 4-5 lat temu był kilkudniowy okres, gdzie w Warszawie temperatura utrzymywała się na poziomie -30 stopni. To też budzi respekt. Pozwolę sobie za to przytoczyć historię zasłyszaną kiedyś od taksówkarza. Będąc młodym człowiekiem, dopiero co upieczonym inżynierem, pracował w elektrociepłowni na Siekierkach. Nie pamiętam już, który to był rok (taksówkarz mówił), ale na pewno były wtedy solidne opady śniegu. Warszawa była nieprzejezdna. I mean: nie-prze-jezd-na. Dawały radę tylko samochody terenowe. Stały taksówki, komunikacja miejska i wszystko inne. Pierwszego dnia takich warunków po pana przyjechało SB, żeby zawieźć go do pracy. W końcu ciepłownia, zwłaszcza zimą, to placówka strategiczna, musi być obsadzona. Więc rozesłano służby, żeby przywieźli ludzi. Ale odwieźć już nie odwozili. W związku z tym pracownicy mieli do wyboru: albo przedzierać się pieszo przez zaspy (z Siekierek na Targówek, dajmy na to, ładne parę godzin), albo zamieszkać na kilka dni na terenie zakładu. Większość wybrała to drugie. I to są, Szanowni Państwo, zimy. Coś, co można podciągnąć pod klęskę żywiołową. A tu mamy co? Kilka centymetrów śniegu. Niedowład komunikacyjny (nie będę pytał, ilu kierowców odbyło jakiś kurs jazdy w trudnych warunkach, ale ciekaw jestem, ilu z nich jeszcze jeździ na letnich oponach). SENSACJA W MEDIACH! W GRUDNIU ZASKOCZYŁ NAS ŚNIEG! A kiedy miał zaskoczyć? W czerwcu? Eee, tego... Akurat wtedy mielibyśmy pełne prawo poczuć się zaskoczeni. ALE W GRUDNIU?! Nie róbcie sobie jaj. Jeszcze pozwolę sobie nawiązać do „zima zaskoczyła drogowców”. W tym konkretnym pzypadku jest to bardzo ładny wskaźnik ignorancji osób mówiących te słowa. Całkiem przypadkiem wczoraj wieczorem znalazłem się na Alejach Niepodległości koło Biblioteki Narodowej. Przypomnę, że mieści się tam wyjazd z bazy MPO. W ciągu około dwudziestu minut, które spędziłem stojąc tam, na miasto wyjechało około 5-6 solarek (niestety nie liczyłem dokładnie). Więc wszelkie osoby posługujące się obecnie tym stwierdzeniem pozwolę sobie wrzucić do wora z napisem: wiecznie niezadowoleni malkontenci. Więc darujcie sobie marudzenie i sianie paniki. I módlcie się do dowolnie wybranego bóstwa o to, aby nie przyszła taka zima, jakie bywały jeszcze 20 lat temu. Bo zginiecie. PS. Ratusz w Łomianach rozważa apel o ogłoszenie stanu klęski żywiołowej.
środa, 09 grudnia 2009
Jesień.
Nadejszła jesień. Nie lubię jesieni, gdyż przeważnie jest to plucha jak obecnie. Chłodno, mokro i nieprzyjemnie. Tak zwana złota polska jesień w tym roku przemknęła się niezauważona. I w zasadzie to czekam na zimę. Przydałoby się takie -10°C i opady śniegu. I tak aż do wiosny. Lubię zimę. Ale znów, nie taką zimę, jaką mamy ostatnio, gdzie przez większość czasu jest paskudnie i jesiennie. Lubię mróz szczypiący w policzki, trzeszczący śnieg, od którego nawet w nocy robi się jasno. I - szczerze mówiąc - nie rozumiem ludzi, którzy ze wszystkich czterech pór roku jako obiekt nienawiści wybrali sobie akurat zimę. A może nie tyle zimę, co jej atrybuty w postaci śniegu i mrozu. Przecież to jest właśnie najlepsze w zimie! Bez tego zima jest tylko smętną jesienią. Co roku widzę, jak w internecie różni ludzie narzekają na to, że spadnie śnieg i przyjdzie mróz. I wszystkich tych, którzy z tego się cieszą odsądzają od czci i wiary. Tymczasem mamy jesień, pluchę, opady deszczu, przemoknięte buty i szybko zapadający zmierzch. I jakoś mało kto narzeka na takie warunki klimatyczne z takim zaangażowaniem, jak przeciwnicy śniegu i mrozu. Czego niżej podpisany kompletnie nie rozumie.
PS. Nieh siem wpisujom miasta kture lubio śnieg i mruz. Czy jakoś tak.
wtorek, 08 grudnia 2009
Mój pierwszy raz - czyli jak zacząłem grać w RPGi.
Tak po prawdzie to drugi, ale zacznijmy od początku. Od przynajmniej 15 lat zadaję się z ludźmi grającymi w erpegi. Ale jakoś tak wyszło, że sam nie grałem. Może dlatego, że dowiadywałem się o tym, że grają w połowie kampanii i nie chciało im się wprowadzać nooba. A może po prostu nie podobała im się moja wredna gęba. Mniejsza o to. Nie grałem. Z grubsza kojarzyłem świat AD&D czy Warhammera, grywałem w MUDy (to taki MMORPG pierwszej generacji, jeszcze bez grafiki - wszystko w trybie tekstowym), ale w prawdziwego erpega z prawdziwymi ludźmi jakoś nie. Wszystko się miało zmienić kilka lat temu. Znajomi rozpoczynali kampanię i wzięli mnie do drużyny. Trochę się obawiałem. Niby oglądałem Madmaxa, przeczytałem kilka książek, których akcja toczyła się w postapokaliptycznym świecie, ale jakoś nie czułem się pewnie w klimacie (starzy wyjadacze, proszę się nie śmiać) Neuroshimy. Żeby dalej nie przeciągać wstępu powiem krótko: było neutralnie. Ani nie zachęciło mnie to do dalszego grania, ani też nie odstraszyło przed kolejnymi próbami. Dlaczego? Powodów było kilka. Nie bez znaczenia było, że podczas fabularnej rozgrywki zrobiłem dość sporą głupotę, a MG mi na to pozwolił. Jakoś potem się z tego wykręciliśmy, ale zamieszanie było spore. Drobna sugestia dla nooba: "wiesz, jeśli chcesz to oczywiście możesz to zrobić, ale myślę, że Twoja postać nie zrobiła by tego" wystarczyłaby. Sugestii zabrakło, zrobiłem faila a potem poczułem się jak idiota. Podobnie zresztą, jak moja postać :) Istotny był też fakt, że kompletnie nie znałem realiów świata, w którym osadzona była kampania. Mój pierwszy kontakt to pierwsza sesja na której spotkaliśmy się celem zrobienia postaci. Do tego jeden podręcznik, z którego korzystali wszyscy aby sprawdzić jakieś detale, których akurat nie pamiętali. Tutaj pozwolę sobie na drobną dygresję. Dość często postać w grze ma zasób pod tytułem: kontakty. Moja postać była kurierem, więc kontakty miała z definicji. I teraz w zależności od świata i Mistrza Gry można przyjąć kilka różnych rozwiązań. Pozwolę sobie wymienić dwa najbardziej oczywiste. Po pierwsze MG może wymagać, aby określić, jakie kontakty i gdzie się posiada. I potem z tych kontaktów się korzysta. Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby połączyć te dwa sposoby. Wracając do zasadniczego tematu. Akurat zadanie na pewnym etapie wymagało wykorzystania kontaktów. MG nie wymagał ode mnie tego pierwszego, a ja, jako niedoświadczony gracz, nie miałem pojęcia, że mogę pytać go o różne szczegóły dotyczące zarówno świata, jak też nieokreślonych wcześniej interakcji mojej postaci ze światem. No i wyszedł - może nie fail, ale przynajmniej drużynowy facepalm. Gwoździem do trumny było to, że zaczęliśmy grać tuż przed wakacjami. A po wakacjach jakoś nie byliśmy w stanie dogadać się co do terminu. No i rozeszło się po kościach. Potem była długa przerwa. Aż do kwietnia bieżącego roku. Około rok temu poznałem grupę ludzi, która regularnie gra (no, jedną z tych osób znałem wcześniej). Grają w różne systemy. Kiedy nawiązałem z nimi bliższy kontakt z grubsza Ci sami ludzie grali trzy różne kampanie (Exalted, Adventure i Dedeki) i szykowali się do czwartej (Ideefixe). Dowiedziałem się też, że jak skończą obecną kamanię exaltową, to będą grać nową, nowymi postaciami (tamtą grali Dragonblooded, nową Solarami) i że będą mieli wolny slot. No to dołączyłem. Podręcznik dostałem jakoś na początku grudnia, zaczęliśmy grać jakoś na przełomie marca i kwietnia. W tym czasie zdążyłem przeczytać od deski do deski podręcznik i zrobić postać. A przede wszystkim porozmawiać z życzliwym graczem - no dobrze, graczką :) - i pozadawać dużo głupich pytań. Przede wszystkim: bardzo spodobał mi się świat. Gigantyczny. Zróżnicowany. Z pewnymi niedopowiedzeniami. Dobry Mistrz Gry ma z czego korzystać aby wzbogacić rozgrywkę. No i - co nie jest bez znaczenia - chyba się wczułem w postać zwykłego chłopaka z farmy, który nagle został Wybrany i dostał Moc™. Najważniejsze było to, choć znałem świat i ogólnie wiedziałem o co chodzi, tak naprawdę wraz z moją postacią uczyłem się jak i kiedy korzystać z tej mocy. W sumie nie graliśmy jakoś specjalnie dużo - dwie sesje miesięcznie z przerwą wakacyjną - coś około 12 sesji. Ale przygody, jakie w tym czasie przeżyliśmy i kawał świata, jaki zwiedziliśmy zrobiły na mnie wrażenie. Dość powiedzieć, że wciągnąłem się. Po zakończeniu pierwszej kampanii Solarów zaczęła się druga kampania Dragonblooded. Grają Ci sami ludzie, tylko prowadzący Solarów jest ponownie graczem, a jeden z graczy wraca do prowadzenia. No i ja - nowy wybraniec Smoków. Jesteśmy po pierwszej sesji, gdzie fabularnie zostałem dołaczony do drużyny, a w czwartek gramy kolejną. Przed nami kolejne wyzwania i intrygi... Dodam jeszcze, że jakoś w lutym albo marcu zacznie się kolejna kampania w Ideefixe, w którą tym razem postanowiłem zagrać. Prawie ten sam zespół, zupełnie inny świat (Ziemia po najeździe kosmitów), zupełnie inne problemy i możliwości. A tyle jeszcze systemów przede mną... PS. Chyba gdzieś w opisie bloga muszę całość opisać jako tl;dr...
środa, 25 listopada 2009
Kurt Weil, czyli balet za 3 grosze.
Tym razem wybraliśmy się do Teatru Wielkiego w odrobinę większym składzie. Oprócz sociopattern i mnie był też wersjaalfa z małżonką1)2). Oni już opisali swoje wrażenia, a mnie wena opuściła. Podmiotem tego wieczoru był kolaż wokalno-baletowy oparty o utwory Kurta Weila a zrealizowany przez Krzysztofa Pastora. Ogólnie to podobało mi się. Jak to często u mnie bywa, muzyka i śpiew wywarły na mnie o wiele większe wrażenie, niż taniec. Mógłbym pójść na to drugi raz, siedzieć z zamkniętymi oczami i słuchać, słuchać, słuchać... A było czego posłuchać. Choćby dlatego, że wiele partytur wykorzystanych w spektaklu weszło już do kanonu klasyki kultury popularnej. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że trochę utworów, które w takiej czy innej formie gdzieś już słyszałem wyszły spod ręki Weila właśnie. Jak choćby kultowy kawałek Alabama Song wykonywany przez The Doors, Davida Bowiego, Kazika i wielu innych.
Podczas spektaklu przewinęły się też fragmenty nagrań w wykonaniu Toma Waitsa i Davida Bowiego. Szkoda tylko, że takie krótkie... Co do tańca - pierwszy raz widziałem balet na żywo. Daje radę, ale jakoś nie zachwycił. Z jednej strony trudno nie docenić kunsztu tancerzy i godzin wysiłku włożonego w ćwiczenia, ale z drugiej efekt końcowy bardziej przypomina maszynę niż człowieka. Estetycznie chyba bardziej bardziej podoboa mi się sportowiec biegnący przez płotki, harmonia i płynność jego ruchów, niż czasem sztuczne wręcz figury baletowe. A wracając jeszcze do muzyki - największe emocje wywołało we mnie pierwsze pojawienie się chóru. Tu drobna dygresja. Kilkanaście lat temu brałem kilka razy udział w warsztatach muzycznych. Między innymi były tam zajęcia ze śpiewania w chórze. Możliwość znalezienia się w środku, wsłuchania się w wielogłosową harmonię dobiegającą z każdej strony, była dla mnie niesamowitym przeżyciem. Od tego czasu mam duży sentyment do muzyki chóralnej w dobrym wykonaniu. Ad rem. Pierwsza partia to solowy występ Małgorzaty Walewskiej, preludium wykonane z kanału dla orkiestry. Potem pomału podniosła się kurtyna, scena pogrążona w ciemności, tylko punktowe światło skierowane na tancerzy. WTEM, nie wiadomo skąd, rozległ się głos chóru. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy scena rozświetliła się, można było dojrzeć majaczące w głębi sylwetki ubranych na czarno chórzystyów. Wrażenie na tyle niesamowite, że zdeterminowało mój dalszy odbiór dzieła - wciąż czekałem na kolejne wejścia chóru. Niestety, kolejne nie były już taką niespodzianką. Wypadało by popełnić jakieś ładne podsumowanie, ale - jak już pisałem - wena mnie opuściła i ładnego podsumowania nie będzie :) 1)Tak, to zdanie brzmi lekko absurdalnie. Ach, to udawanie, że nie wiadomo, o kogo chodzi. Ale cóż, jakieś pozory trzeba zachować :) 2)Tuż pod koniec pisania notki uświadomiłem sobie, że „wersjaalfa z małżonką” brzmi jak tytuły obrazów malarza Tempery: „Parura z rodziną” czy „Umfa Umfa zadumany”.
piątek, 13 listopada 2009
Nie taka straszna zagłada jak ją malują.
Niezrażony pierwszymi potknięciami postanowiłem kontynuować swoją przygodę ze światem opery. Mroczny świat wykreowany przez Edgara Allana Poego połączony z muzyką Philipa Glassa (tak, to ten od Koyaanisqatsi) - samo to zestawienie rozbudziło moją wyobraźnię i oczekiwania. Inscenizacja „Zagłady Domu Usherów” w Teatrze Wielkim w reżyserii Barbary Wysockiej warta jest obejrzenia. Tak, właśnie. Bardziej obejrzenia niż wysłuchania. Niesamowicie plastyczna scenografia i kostiumy przenoszą nas gdzieś w początek drugiej połowy XX wieku. Wszystko tak dobrze znane, a jednak z nutką czegoś Nieznanego przemykającego się tu i ówdzie. Do końca tak naprawdę nie wiadomo, czy to Nieznane to coś metafizycznego, choroba, czy może niedojrzałość. Trudno, zaspoiluję Wam coś. Podróż Williama do domu Usherów to przede wszystkim projekcja (o projekcjach będzie więcej za chwilę), ale też smaczek - do celu podróży przybliża nas jeżdżąca wokół sceny kolejka. Mój wewnętrzny nerd zaślinił się wtedy. Czy już pisałem, że widowisko jest niesamowicie plastyczne? Na pierwszym planie codzienne życie wielkiego domiszcza, na drugim, jako memento, spękane ściany i podłoga w odmiennej od normalnej orientacji. Do tego projekcje. Czarno-białe filmy i zdjęcia znakomicie dodawały klimatu. Dodajmy do tego jeszcze zmienne elementy scenografii będące przyprawą poszczególnych scen i będzie komplet wrażeń plastycznych. O muzyce Glassa nie będę się specjalnie rozpisywał. Kawałek dobrej partytury. Powtarzane motywy doskonale pomagały w budowaniu obsesyjno-onirycznej atmosfery. To, co mnie rozczarowało, to partie wokalne. Twórcy libretta nie dali wiele pola do popisu śpiewakom wcielającym się w role Williama i Rodericka - a to, niestety, dwie główne postacie. Efekt jest taki, że przez większość spektaklu siedziałem i czekałem kiedy wreszcie zaśpiewają jakąś porządną partię, która wbije mnie w fotelu. W końcu doczekałem się czegoś, co mnie poruszyło. Dwa razy. Za każdym razem to była wokaliza Madeline wykonana pięknym sopranem. Na koniec muszę jeszcze napisć jedną rzecz. Moje oczekiwania nie do końca zostały spełnione. Spodziewałem się czegoś mrocznego, gotyckiego. Czegoś takiego, że ciary będą latały mi po plecach. To, co dostałem było zupełnie inne. Nie gorsze, nie lepsze. Po prostu inne. Równie dobre. Summa summarum z teatru wyszedłem usatysfakcjonowany. Tylko kruk w ostatniej scenie nie powiedział słowa na N. A teraz będę emo.
Jako że następna notka będzie niejako o Poem, to pozwolę sobie, zamiast wstępu, uderzyć w emo. Czasem kusi, żeby z dystansu roku, kiedy większość emocji już opadła, stworzyć jakieś podsumowanie tego, co się wydarzyło. Ale jakoś nie potrafię. Uważam, że pewne rzeczy nie powinny zostawać wystawiane na widok publiczny. Co innego w jakimś zacisznym miejscu, przy piwie/kawie/whateverze. Mail pozostał ten sam, miejsca, w których bywam - takoż. Z kim pogadałem, to pogadałem. Z kim jeszcze pogadam, to pogadam. A reszta to tylko plewy na wietrze... To nie jest opera, której szukałem.
Nigdy wcześniej nie byłem w operze. Postanowiłem nadrobić to karygodne zaniedbanie. Wybór mój to „Borys Godunow” w Teatrze Wielkim. Niby było dobrze, ale nie zachwyciło. Dobra była scenografia. Prosta, ale doskonale uzupełniająca to, co się działo na scenie. Dobre były sceny zbiorowe. Pod każdym względem. Muzyka, kostiumy, choreografia - to wszystko tworzyło piękną plastycznie całość. Ale z drugiej strony właśnie kostiumy wywołały u mnie największy dysonans poznawczy. Mundur Borysa tudzież strój młodego carewicza/ducha przywodzą na myśl mundury galowe z czasów rewolucji październikowej. Stroje prawosławnego duchowieństwa niewiele się zmieniły na przestrzeni ostatnich dwóch wieków. A do tego mamy ochroniarzy Godunowa w jak nabardziej współczesnych mundurach sił porządkowych, bojówki w moro, czy puszczalskie lasie w laserkowych minispódniczkach i cekinowych topach. Z dalszej akcji wynikało, że reżyser świadomie osadził fabułę Borysa Godunowa w czasach współczesnych - ot, choćby dyskusja z bojarami w formie telewizyjnego talk-show. Muszę przyznać, że kupiłem ten pomysł. Przedstawienie Godunowa jako współczesnego polityka, który w nieczysty sposób zdobywa władzę a potem ją traci niewątpliwie jest ciekawym pomysłem. Niestety, realizacyjnie całości nie kupiłem. Jedną z przeszkód były wspomniane już anachronizmy strojów. Całość też sprawiała trochę sztuczne wrażenie. To, czego mi zabrakło to wzajemne przenikanie się starego tekstu ze współczesnym czasem akcji. O ile problem zdobywania władzy jest ponadczasowy o tyle opera Musorgskiego nie wywarła na mnie takiego wrażenia. Dla kontrastu pozwolę sobie jeszcze przywołać genialną ekranizację Romea i Julii z 1996 roku w reżyserii Baza Luhrmanna. Oryginalny tekst sztuki osadzony we współczesnych realiach bez żadnych zmian. I tworzyło to całość, która się broniła. I właśnie takiej spójności zabrakło mi w Borysie Godunowie.
czwartek, 05 listopada 2009
Niezrozumienie
Idąc na sztukę na podstawie powieści Witkacego do teatru imienia Witkacego nastawiłem się na jazdę bez trzymanki. Zwłaszcza, że teatr konceptualny jest dla mnie wciąż czymś nowym. W zasadzie nie bardzo mam się o czym rozpisywać, ot, co najwyżej mogę wypunktować kilka refleksji.
Żeby nie było - nie uważam tych kilku godzin spędzonych na oglądaniu sztuki za straconych, ale zachwycony też nie jestem. Zdecydowanie bardziej podobał mi wspomniany wcześniej spektakl Marat/Sade.
niedziela, 25 października 2009
Kiedy ojciec jest najszczęśliwszy?
Ojciec Polski to nie tyle monodram, co teatr jednego aktora. Najbardziej tutaj pasuje amerykańskie określenie: stand up comedy. Rafał Rutkowski wciela się w tytułową rolę Ojca Polskiego i pokazuje blaski i cienie ojcostwa. A nawet nie tyle ojcostwa, co bycia mężczyzną. Z jednej strony możemy pośmiać się ze stereotypów związanych z ojcostwem, z drugiej zaś zadumać się nad problemami dotykającymi współczesnego mężczyzny. Mamy tu wszystko: od pierwszej randki w domku na działce, przez taniec ku czci Bogini Matki, ciążę, poród, podryw „na ojca”, dorastanie potomka aż do późnej starości. Wszystko to okraszone sporą dawką humoru. Co prawda nie jest to rewelacyjne widowisko - jak mawiają osoby bardziej obeznane, Rafała stać na więcej. Ale jest po prostu, zwyczajnie dobre. Kawał solidnego, aktorskiego rzemiosła. Osobiście uznaję te półtorej godziny za miło spędzony czas. A kiedy Ojciec Polski jest najszczęśliwszy? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami po obejrzeniu spektaklu.
piątek, 23 października 2009
Przerwa
Razem z sociopattern szykujemy mały projekt okołokulturalny. Szykowanie to obecnie pochłania resztkę posiadanego wolnego czasu. A że poziom żółci w osobistym wiaderku to obecnie co najwyżej wyższe stany niższe, to też nie mam wewnętrznego przymusu do pisania, choć kilka tematów czeka. Ot, choćby trochę krytyki Poczty Polskiej (acz tym razem konstruktywnej), trochę na temat awarii kolejowych i sposobów (nie)radzenia sobie z nimi, czy wreszcie okołosłoikowy wpis odnośnie mieszkańców Warszawy. Tyle, że wszystko później. Najbliższy miesiąc będzie zajęty przez projekt. Jak skończymy zaczynanie, to się pochwalimy. A na razie: stay tuned :) |
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Komiksy
Ludzie
Mydło i powidło
RPG
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||